Lisek przebiegł pod wielkim dębem i zobaczył coś czerwonego w liściach. Pchnął noszem — piłeczka! Objął ją łapkami i radośnie kucnął.
Lisek wygrał piłeczkę i mocno ją przycisnął do siebie. Ogon mu wił. — Moja! — szepnął. Cisza granu drzew odżyła — tylko szumiał wiatr.
Lisek podszedł krok do przodu. Szepnął: — Moja! — I tiptoesował ku pagórkowi mchu. Skóra żółwia zaszurała po suchych gałązkach.
Lisek podskoczył piłeczką — za wysoko! To się przetaczała i znikała w wysokiej trawie. Lisek szarpnął się za nią, łapy mu się ślizgały.
Gdy znalazł piłeczkę, Żółwik siedział cicho na skraju polany. Lisek spojrzał na piłeczkę, potem na Żółwika. Uszy mu opadły.
Wiatr zaszumiał w gałęziach. Czerwony kapturek od żołędzi opadł między nich jak mały spadochron. Lisek podciął się i podciągnął piłeczkę w stronę Żółwika.
— Mogęmy grać razem? — zapytał cicho. Żółwik rozchylił powieki i trzasnął cicho z radości. Bili piłeczkę naprzemiennie pod wielkim dębem.
Rzucali piłeczkę tam i z powrotem pod wielkim dębem, aż słońce opadło nisko i niebo zaczęło się rumienić.