Zosia Przyciągnęła sznurówki, otworzyła furtkę i wystawiła stopę na słoneczną wiejską ścieżkę. Trawa muskała jej kostki, a pszczoła brzęknęła tuż przy uchu.
Szła aż ścieżka rozgałęziła się na dwie drogi — w lewo ku sadowi, w prawo ku domkowi panny Nowak z krzywym płotem.
W ciernistych krzakach czarnych malin szurnęło coś. Zosia zamarła — przed nią stanął czerwony lis z jedną białą łapką wystawioną w światło.
Wyciągnęła z kieszeni kromkę chleba. Lis wąchał, potem tchnął wilgotnym nosem jej dłoń. Zosia zachichotała i szła bokiem, a lis trawił obok, ogonem jak metronom.
Szli obok siebie — ona wolno, on szybko, ogon machał jak tykający zegarek. Słońce grzało grzbiet lisa, a jego czerwień płonąła wśród zielonej trawy.
Panna Nowak stała pod swoją starym jabłonią, sięgając wysoko i nie dosięgając. 'Ach, ramiona za krótkie w tym roku', Westchnęła, szarpnąc gałąź, która złamała się pod jej chwytem.
Zosia patrzyła, jak lis kręci głową w stronę najwyższych czerwonych jabłek, które błyszczały w koronie drzewa. Potem skoczył — pazury wryły się w korę.
Lis opuścił dwa jabłka — trzask, trzask — a one spadły prosto do otwartego swetra Zosi. Panna Nowak śmiała się tak głośno, że oparła się o grablie.
'Razem', Powiedziała panna Nowak, podając Zosi plecak. Usiadły na trawiastym zboczu za domem, jabłka podzielone między trzy osoby.
Siedziały na trawiastym zboczu za domem, jabłka podzielone między Zosię, lisa i pannę Nowak, sok na każdym brodzie. Lis zwinął się w ciepły brązowy podkowa między nimi.
Zosia biorąc kolejny kęs, zobaczyła ptaka na płocie. Ptak zapiał pozdrowienie, a Zosia uśmiechnęła się — wyjście przez furtkę było najlepszym pomysłem.
Ptak usiadł na płocie i zapiał pozdrowienie, a Zosia uśmiechnęła się — wyjście przez furtkę było najlepszym pomysłem.